CHINY: przylot do Qingdao i 18 godzin w pociągu do Xi’An (16.09.2016)

Druga pieczątka w paszporcie i wyjechałem. Spędziłem w Korei Południowej tydzień czasu choć planowałem o dwa tygodnie później. To jest właśnie piękne w mojej podróży, że w każdej chwili, zależnie od nastroju i chęci, mogę zmienić kierunek dalszej drogi. Udało mi się znaleźć bilet na samolot w korzystnej cenie i postanowiłem to wykorzystać. Trasa Seul – Qingdao a następnie szybka przesiadka w pociąg do Xi’An.

Lot miał trwać pół godziny ale zapomniałem, że wlatuję w inną strefę czasową i czas przesuwam o godzinę w lewą stronę. Zatem leciałem prawie 1,5 godziny. Samolot linii Jeju Airlines czyli prywatnej, koreańskiej linii, która lata przede wszystkim na wyspy Czedżu. Za bilet na mojej trasie zapłaciłem 220zł i była to naprawdę dobra cena zważywszy na ceny w poprzednich lb następnych dniach. Zależało mi też na czasie więc bilet kupiony na dwa dni przed datą wylotu zawsze będzie droższy niż ten kupiony na dwa miesiące przed.

Noc przed wylotem spędziłem na lotnisku. Powód był prosty, z hostelu w centrum miasta musiałbym się zrywać około 4 rano a przy moim ostatnim trybie życia, pobudka o tej godzinie byłaby zapewne niemożliwe. Czytałem zresztą, że lotnisko w Seulu jest bardzo wygodne jeśli chodzi o nocleg. Tak też było, rządek pięciu, wygodnych krzeseł tylko dla mnie, bez żadnych podłokietników więc można było się śmiało wyłożyć. Plecaki spiąłem kłódkami a mniejszy dodatkowo przywiązałem sobie sznurkiem do ręki. Trzeba się spieszyć, bo choć miejsc siedzących dużo to w godzinach nocnych wszystkie są zajęte i ciężko się gdzieś wcisnąć. Gniazdka kontaktowe są pod ręką więc można śmiało podładować sprzęt. Jest bardzo bezpiecznie, policja, ochrona i coś na wzór naszych antyterrorystów chodzą non stop po całym obszarze lotniska więc raczej nic złego nie powinno się stać.

Rano przeszedłem odprawę i odleciałem do Chin. Po przylocie do Qingdao zacząłem czuć spory stres związany z tym czy obejdzie się bez żadnych problemów i wpuszczą mnie. Miałem wszystko co by ewentualnie chcieli ale i tak strach był. Pan w okienku długo przyglądał się mojemu paszportowi, oglądał go z każdej strony, wszystkie kartki (choć większość jeszcze pusta) pod światło ale ostatecznie głęboko westchnął, wcisnął guzik otwierający furtkę i wydusił z siebie: next!
Lotnisko w Qingdao wydało się maleńkie, coś jak w Szczecinie. Takie obsługujące tylko kilka lotów. Wymieniłem resztkę wonów na juany i kupiłem bilet na autobus. Trasa z lotniska do dworca głównego to koszt 20 CNY (10zł). Na mapie wyglądało, że nie jest to specjalnie daleko ale w rzeczywistości jechałem ponad godzinę. Wysiadłem w centrum i ogarnął mnie lekki chaos. Dopiero co myślałem, że Korea jest tak rozregulowana, że nic bardziej już być nie może a tu o.

Wchodząc na dworzec w Qingdao zrobiłem małe poruszenie samą swoją osobą. Miałem wrażenie, że wszyscy tylko mówią coś w stylu: „patrz, jakiś białas przyszedł”. Podobno na każdej stacji w Chinach jest okienko, w którym idzie się dogadać po angielsku. Tutaj też tak było. Pani w okienku uprzejmie powiedziała, że najbliższy pociąg do Xi’An w którym będę mógł usiąść będzie dopiero w poniedziałek po południu. Jeśli nie chcę siedzieć to mogę jechać dziś, za trzy godziny. Po krótkiej analizie plusów i minusów postanowiłem sobie postać. Bilet do Xi’An kosztował 189 CNY czyli prawie 100zł za trasę długości około 1300-1400km. Podróż miała potrwać 18 godzin.

Wychodząc z dworca pomyślałem, że jestem głupi skoro kupiłem bilet, żeby stać tyle godzin w pociągu. Jedyne to co pomyślałem, że może to będzie ładny, nowy pociąg w którym będzie dużo miejsca to sobie usiądę na podłodze i też będzie dobrze. Do tak długiej wycieczki trzeba było się przygotować więc szybkie zakupy. To w Chinach mi się podoba, wchodzę do sklepu i mając tak mały budżet jak ja, na wszystko mnie stać.

Na dworcu byłem już z powrotem na godzinę przed odjazdem. Po krótkiej chwili podszedł do mnie chińczyk w czerwonym wdzianku z jakąś plakietką i pokazując na bagaż coś tam zaczął gęgać. Powtarzam, że mówię tylko po angielsku to wyjął kartkę i zaczął pisać mi te chińskie krzaki. Całe szczęście przechodziła obok dziewczyna, która coś tam po angielsku umiała ale w rezultacie okazało się, że nic jednak nie umie. Pan chciał ode mnie 20 CNY tylko dlatego, że miałem dwa plecaki. Stwierdziłem, że haraczów płacić nie będę, bo do nikogo innego nie podchodził i dalej szedłem w zaparte, że nic nie rozumiem. W końcu dostałem szału i mówię idę do bankomatu i wracam za pięć minut. Pan wówczas zagrodził mi drogę, pokazał ręką na siedzenie, mówiąc coś w stylu – masz tu siedzieć. No i siedziałem tak dopóki nie podszedł do mnie kolejny raz i kazał iść do wyjścia na pociąg. Szczęśliwie obeszło się bez żadnych problemów choć miałem wrażenie, że jakieś będę miał. Wsiadłem do pociągu standardu podobnym do naszego PKP ale takiego mocno już zużytego.

Warto dodać, że wszystkie dworce kolejowe, stacje metra itp mają swoje odprawy. Musisz ściągać wszystkie plecaki, wyjmować wszystko z kieszeni i rzucać na taśmę a potem przejść przez bramki, zostać przejechanym laserem jakiś i można iść dalej. Wszystko tak jak na lotniskach.

Ludzi mnóstwo, sami Chińczycy oczywiście obładowani torbami, workami z jakimś ryżem, kartonami warzyw. Zanim cały ten tłum się usadowił w pociągu to minęło dobre 30 minut. Ja jedynie mogłem patrzeć jak inni wtapiają się w siedzenia. Ja stałem w pomieszczeniu między wagonami 1m na 3m długie i to w dodatku w miejscu dla palących. Pociąg jechał dokładnie 18 godzin. W tym czasie udało mi się wpuścić do organizmu dym z minimum dwustu papierosów, moje nogi odmawiały posłuszeństwa a głowa zdawała się zaraz z bólu odpaść. Dodatkowo nie wiedziałem nawet kiedy mam wysiąść bo nie ma żadnych informacji w języku angielskim. Każdy Chińczyk dokładnie mi się przyglądał. Potrafili być tak bezczelni, że ustawiali się na odległość 30cm ode mnie i gapili się przez pięć minut. Normalnie dostałbym regularnej furii ale w przypadku kiedy jestem sam, kilka tysięcy kilometrów od domu, tylko z plecakiem i wśród obcych – nie mogę dać się sprowokować. Niektórzy palili papierosy i wydmuchiwali wszystko na mnie. Ogólnie zachowanie bardziej przypominające podludzi niż ludzi.

Kiedy pani konduktor pokazała, że to moja stacja – ulżyło mi i momentalnie dostałem energii by jak najszybciej stamtąd uciekać. Ludzi było mnóstwo, można byłoby liczyć ich w tysiącach. Bateria w laptopie była wyczerpana, w telefonie była na wykończeniu a ja nie miałem żadnego, zarezerwowanego noclegu i nie wiedziałem w którą stronę iść. Szukanie internetu dla obcokrajowca to jest wyzwanie, większość free wifi i tak wymaga podania chińskiego numeru telefonu i hasła czyli jednocześnie rejestracji. Po godzinie krążenia przy głównych punktach centrum w końcu znalazłem słabe, ale naprawdę darmowe połączenie i zarezerwowałem hostel. Niestety, chyba ze zmęczenia, zamiast zapisać adres hostelu, zapisałem adres dworca i cały czas chodziłem szukając tego miejsca. Dopiero policjant, zapytany o to gdzie jest ten hostel odparł, że to adres dworca.

Po 4 godzinach z plecakiem na plecach i drugim z przodu, dotarłem wyczerpany do hostelu. Jedyne o co błagałem to o to by nie było tam żadnych chińczyków w pokoju bo nie czułbym się zbyt bezpiecznie. Okazało się, że moja noclegownia to obiekt zupełnie nowy i w dodatku w artystycznej dzielnicy blisko świetnych, turystycznych atrakcji a w pokoju zastałem starszą parę z Hiszpanii i Niemkę, która jak się potem okazało, już od czerwca jest w drodze.

Gorący prysznic to chyba wszystko czego człowiek potrzebuje. Mogę nie mieć na czym spać, mogę nie jeść przez jakiś moment ale jak nie się nie wyszoruję to po prostu skręca mnie. Człowiek czysty to człowiek miły, przynajmniej u mnie 😀 Miło było choć chwilę pobyć bez obecności skośnych… chociaż chwilę.

Dodaj komentarz