MAROKO – Ucieczka z Tangeru

Czasami w życiu jest tak, że znajdziemy się w miejscach w których w ogóle być nie chcemy lub nie planowaliśmy. Zupełny przypadek rzuca nas gdzieś na mapę bez zbędnych pytań.  Z różnych okoliczności musiałem dosyć szybko przerwać moją wycieczkę do Maroka i najzwyczajniej z niego uciekać.  Najpierw podróż z Rabatu do Tangeru a następnie misja dostania się do Hiszpanii. Z racji, iż niektórych wydarzeń wolałbym nie opisywać, ten wpis zaczyna się od dnia w którym przybyłem do Tangeru.  

Otwieram oczy i widzę mieniący się pleśnią sufit. Schodzę wzrokiem niżej po odrapanej z farby ścianie. Widać, że była wielokrotnie malowana, różnymi kolorami.  Zaschnięte jej kawałki wciąż leżą na pomarańczowej wykładzinie która kiedyś mogłaby nawet się podobać. Z niepokojem patrzę na zegarek i ze złością stwierdzam, że jest już po godzinie 9. Czas wstać, szybko się spakować i uciekać z tego kraju.  W moim pokojowym hotelu nie ma okien więc nie wiem jaka jest pogoda ale liczę, że dobra.  Nie ma też tutaj prysznica ani nawet toalety.  Kiedy wczoraj wieczorem zostałem tu przyprowadzony przez kierowcę taksówki jedyne o czym marzyłem to łóżko i spokojny sen. Wiem, że przepłaciłem i to sporo, dzień wcześniej, para turystów z Francji ostrzegała: 

Nie daj się naciągnąć. Jeśli jesteś sam, nocleg nie może być droższy niż 60-70 dirhm, jeśli ktoś będzie chciał więcej to najzwyczajniej będzie chciał cię oszukać, szukaj wtedy innego hotelu, tu jest tego pełno.
Niestety nie mam żadnych zdjęć z Maroka… ( ͡° ʖ̯ ͡°)

Zapłaciłem 100 dirhm chociaż komfort wskazywał raczej trzykrotnie niższy przedział cenowy. Trudno, byłem zbyt zmęczony żeby szukać czegoś tańszego a i nie chciałem się też szwendać po nocy ciasnymi uliczkami starej Mediny w Tangerze.

Wychodząc z hotelu spostrzegam, że ta biedna noclegownia dumne nosi nazwę Royal. Co za paradoks – myślę naciągając kaptur na głowę. Niestety pogoda dzisiaj nie rozpieszcza. Leje deszcz a wiatr męczy już od samego rana.  Plan jest prosty – dostać się do Hiszpanii. Nie mam mapy, nie wiem gdzie jest port. Schodzę na promenadę i idę wzdłuż wody. Nie mija krótka chwila i podchodzi do mnie uśmiechnięty mężczyzna, nie najmłodszy, z wyraźnymi brakami w uzębieniu.

– Skąd jesteś – zapytał się.
– Z Polski – odpowiadam zrezygnowany i zmuszony do wymiany zdań z człowiekiem w przepoconej i śmierdzącej koszuli.
– Aaa, z Polski, mam tam wielu przyjaciół.
– Co pan nie powiesz – pomyślałem ale nic nie odpowiedziałem.
– Gdzie idziesz? – zapytał się po chwili milczenia.
– Do portu, na prom.
– Chodź, zaprowadzę cię do punktu w którym kupisz bilet – odpowiedział żywo.
– Nie dzięki, dam radę sam.
– Nie trafisz tam sam.
– Trafię, trafię – rzuciłem na odchodne.

Bilety tu sprzedają wszędzie. W progach punktów sprzedaży stoją mężczyźni i cały czas mnie wołają. Unikam kontaktu wzrokowego chociaż to żaden problem dla ich nachalności. Martwi mnie fakt, że poza mną nie ma nikogo na ulicach. Gdzie są wszyscy ludzie? Właśnie zdałem sobie sprawę, że jest 10 rano, w niedzielę, pada deszcz i jakiś halny tu wieje. W moim kierunku idzie europejska twarz chłopaka w moim wieku, zaczepiam go i pytam o drogą na prom

– Musisz iść cały czas prosto ale dzisiaj promem nie popłyniesz. Zobacz jaka jest pogoda – deszcz i wiatr, jest sztorm na morzu. Sam chciałem dzisiaj płynąć ale w tej sytuacji wracam do hotelu. – Dziękuję i odchodzę

Jedyne co mi zostaje to wrócić i tak też robię. Nie mam totalnie pomysłu co dalej robić. Przechodzę znów obok faceta który chwilę temu mnie zaczepiał i mówię:

– Chciałeś mnie oszukać! – krzyknąłem.
– Dlaczego? – zapytał się chociaż doskonale wiedział o co się tak zdenerwowałem.
– Dlatego, że dzisiaj promy nie pływają i dobrze o tym wiesz – odpowiedziałem zirytowany.
– Aaa to nie wiedziałem – wyrzucił z uśmiechem. W takim razie – ciągnie dalej – musisz udać się do Ksar es Seghir, tam są większe statki i na pewno dzisiaj popłyniesz.
– No dziękuję bardzo – odparłem jakby mnie to nie obchodziło ale w głębi duszy ta informacja ogromnie mnie ucieszyła i przyspieszyłem kroku.
– Czekaj, czekaj – zagrodził mi drogę i mówi dalej – To bardzo daleko, tutaj w taksówce siedzi mój kolega, zaraz mu wszystko powiem i cię tam zawiezie.
– Jaka cena? – zapytałem z góry wiedząc, że jaka by nie była to i tak się nie zgodzę.
– Jak dla ciebie to 200 dirhm, promocyjnie bo miły chłopak jesteś – rzucił po chwili namysłu.
– Dobry żart – parsknąłem i oddaliłem się.

Wiatr zmagał się coraz bardziej, przez moment nie byłem w stanie utrzymać pionu, tak strasznie wiało. Przechodząc obok kawiarni poczułem jak jakiś mężczyzna łapie mnie za rękę. Facet grubo po sześćdziesiątce ale z miłą aparycją, w eleganckim garniturze. Na nadgarstku widzę drogi zegarek – Uff, to chyba nie jest kolejny naciągacz – przeszło szybko mi przez głowę.

– Zapraszam cię przyjacielu na kawę – rzucił z delikatnym uśmiechem.
– Bardzo chętnie – odpowiadam – ale spieszę się do portu na prom. Muszę dzisiaj dostać się do Hiszpanii a z Tangeru żadne promy nie pływają.
– Naprawdę nie znajdziesz nawet chwili? – odparł z wyraźnym smutkiem.
– Naprawdę, proszę mi wybaczyć.
– No dobrze, nie będę cię dłużej zatrzymywał – odpowiedział wciąż trzymając mnie za rękę. – Idź do dworca, tam jeżdżą autobusy do Ksar. Bilet kosztuje 7 dirhm i kupisz go u kierowcy. Nie daj się namówić na żadną taksówkę bo wyniesie cię to 50 razy tyle co autobus. Powodzenia przyjacielu. – Szybko się obrócił i zniknął w kawiarni.
– Dziękuję bardzo – rzuciłem na pożegnanie.

Nie mija 15 minut i wychodzę na przeciw dworca. Właśnie zdałem sobie sprawę, że mój hotel był oddalony od stacji jakieś 20 minut a taksówkarz który mnie do niego wiózł wczoraj wieczorem, krążył ze mną blisko godzinę. Nie odbiło się to na cenie taksówki dlatego tym większe jest moje zdziwienie. W dzień tak samo jak o zmierzchu dworzec jest paskudny chociaż jedyną zaletą jest fakt, że nie biega już mnóstwo brudnych dzieciaków żebrzących każdego o wszystko i stwarzające realne niebezpieczeństwo i na drodze jak i dla obcokrajowców. W uliczce obok głównej fasady budynku dostrzegam autobusy. Nie wiem czy to przystanek czy pętla czy mogę tutaj wsiąść, jestem trochę zagubiony. Czekam aż pojawi się kierowca a gdy już się on zjawia, atakuję drzwi jego kabiny i wchodzę z pytaniem o autobus do Ksar.

– ¿Hablas español? – słyszę w odpowiedzi.
– No, no hablo español, hablo solo inglese en italiano – odpowiadam w nadziei, że tych kilka słów wypowiedziałem poprawnie.
– Hmmm – zamyślił się i po chwili wziął telefon, sprawdził rozkłady i na karteczce wyrwanej z gazety napisał mi numer autobusu i godzinę odjazdu a następnie wskazał miejsce skąd ten autobus odjeżdża.
– Mucho gracias – odpowiadam z nieukrywaną radością
– De Nada.

Wiatr jest tak przeraźliwy, że chowam się za budynkiem obok wciąż widząc przednią fasadę budynku. Próbuję wyszukać na mojej, papierowej mapie tego całego Ksar ale widocznie jest to tak małe, że darmo mi szukać. Do odjazdu zostało 30 minut a chmury zdają się mówić, że zaraz spadnie rzęsisty deszcz. Po chwili z dworca wychodzi chłopak z długą brodą, ubrany w wydziergany, żółto-czerwony sweterek, spodnie moro i czapkę w kolorach reggae. Na plecach niesie ogromny plecak a w ręku trzyma gitarę. Siada na krawężniku obok przystanku i zaczyna grać. Deszcz i wiatr zdaje się nie robić na nim żadnego wrażenia. Początkowo mnie śmieszy ale i ciekawi. Moje chwilowe skupienie na jego osobie przerywa kierowca taksówki który wskazując na tego chłopaka mówi:

– Widzisz tego chłopaka? On jedzie na prom do Hiszpanii i chce jechać taksówką ale czeka na więcej chętnych żeby rozłożyć koszta. Skoro tu czekasz to też pewnie jedziesz do Ksar więc zabiorę was obu za 150 dirhm od osoby.
– Nie! – wykrzykuję z nadzieją, że jedno słowo wystarczająco zniechęci miejscowego dziada.

Okazuje się, że pomogło. Biorę plecak i siadam na krawężniku obok mojego, kolorowego, nowego znajomego.

– Siema, podobno jedziesz do Ksar na prom i czekasz na kolejnych chętnych do taksówki – zagaduję.
– Kto? Ja? Daj spokój, ten facet mnie męczy już od godziny a ja mu cały czas powtarzam, że mam w dupie jego taksówki i jadę autobusem choćby miał on za tydzień dopiero wyruszyć. Nico jestem, z Chile – odpowiada.
– Z Chile? – powtarzam za nim z lekkim niedowierzaniem.
– Tak, z Chile. Teraz byłem miesiąc w Maroku i teraz jadę do Portugalii ale najpierw muszę dostać się do Hiszpanii.
– To jedziemy razem do Hiszpanii, ja jestem Paweł, z Polski – odpowiadam szybko.
– Z Polski? Byłem niedawno w Kkk…
– Krakowie? – rzucam szybko.
– Niee ale blisko Krakowa.
– No to w Katowicach – jeszcze raz próbuję trafić.
– Tak! W Katowicach.

Przez kolejne 30 minut gadamy o wszystkim: Nico o sobie, ja o sobie, o podróżach i co tu właściwie robimy. Z tego wszystkiego zapomniałem, że cały czas padał deszcz. W końcu podjeżdża autobus i wsiadamy płacąc po 1 euro za bilet. Rozsiadamy się wygodnie z plecakami z tyłu i wracamy do rozmowy. Tym razem Nico opowiada o Chile i Ameryce Południowej i jej dużych problemach gospodarczych i politycznych. To co dzieję się w Polsce wydaje się być błahostką w porównaniu do tego co słyszę. Z ciężkich tematów przechodzimy do lekkich jak piłka nożna i zaczynamy gadkę o swoich ulubionych zespołach. Chwilę później chilijski kolega pyta się o muzykę jakiej słucham i po chwili dochodzimy do wspólnego wniosku, że tak samo jak ja tak i on lubi włoską muzykę a w szczególności Umberto Tozzi’ego chociaż dużo częściej słucha typowej muzyki latino. Między słowami dochodzi do mnie, że nawet nie wiem gdzie mamy wysiąść ale zdaję się całkowicie na Nico który twierdzi, że już tędy jechał ale w drugą stronę więc na pewno będzie wiedział gdzie wysiąść. Zaufanie legło w gruzach kiedy w rozmowę wtrącił się krzykiem kierowca, informując jednocześnie, że jeśli chcemy wejść na prom to powinniśmy właśnie tu wysiąść. Wchodzimy na terminal i ze smutkiem patrzę w cennik na którym widnieje koszt promu do Algericas – 25 euro. Przeklinam w myślach ile tylko mogę ale zdaję sobie sprawę, że inaczej się nie wydostanę i jest to jeden z tych kosztów, których nie da się ominąć. Prom odpływa za 2 godziny więc czasu jest wystarczająco żeby przejść odprawę, wypełnić formularze i dojechać na pokład. Nico okazuje się być tak kontaktowym człowiekiem, że non stop kogoś zagaduje, nawet pytając o głupoty. Ma w sobie coś takiego, że ludzie w rozmowie z nim zaczynają się uśmiechać chociaż chwilę wcześniej twarze mieli wygięte w pałąk. Z jednej strony zazdroszczę takiego podejścia do życia a z drugiej nie. Dostanie się na pokład promu od momentu wejścia do terminalu zajmuje dobrą godzinę ale w końcu docieramy do statku. Wchodzimy głównym wejściem do pomieszczenia przeznaczonego dla pasażerów i naszym oczom wyłania się całe morze skośnych twarzy. Przez moment poczułem się jak w pociągu w Chinach. Skośnych jak mrówek. Przed nami cztery godziny rejsu więc kupujemy po zapiekance. Tutaj też zaufałem Nico i poprosiłem żeby kupił za mnie bo mi z lenistwa się nie chciało i kupił – z tuńczykiem. Trudno, zjem i z tuńczykiem chociaż każdy kęs zapijam wodą dla szybszego przełykania tego paskudztwa. Kilka minut później odpływam dosłownie i w przenośni – śpię.

Cztery godziny minęły stosunkowo szybko a na pewno szybciej niż się spodziewałem. W międzyczasie ustaliliśmy, że po wyjściu z promu dalej będziemy razem jechać i udamy się w stronę Sewilli. Fakt bycia w Hiszpanii uradował mnie niesamowicie chociaż przywitała mnie okropna pogoda. Po dobiciu do brzegu zrobiło się bardzo tłoczno przed zejściem na ląd. Ludzie jak małpy, pchali się do wyjścia jakby to, że wyjdą 5 minut szybciej ratowało im życie. Stoimy z Nico z dala od tego tłumu i czekamy aż się trochę rozrzedzi. Trzymam jego gitarę brzdąkając sobie trochę kiedy podchodzi do nas facet – na oko 50 letni z małym plecakiem i czapką większą niż jego głowa. To John z Irlandii a dokładnie z Waterfordu chociaż aktualnie mieszka w Holandii. John to świetny koleś, szybko znajdujemy w trójkę dobry kontakt i zaczynamy się śmiać z tego co się dzieje dookoła nas. Przegadamy dobre pół godziny zanim opuścimy prom. W terminalu znajdują się dwie odprawy, jedna dla obywateli Unii Europejskiej a druga wręcz przeciwnie. Umawiam się z Nico, że poczekam na niego przed wejściem bo moja kolejka idzie znacznie szybciej. John gdzieś się zgubił. Moja odprawa trwa dosłownie 30 sekund. Skan paszportu, przytknięcie palca w celu pobrania linii papilarnych i mogę iść. Na kolegę z Chile czekam kolejnych 30 minut. Kiedy widzę go już na bramce znów spostrzegam, że toczy z kimś rozmowę. Przyprowadza ze sobą dziewczynę która przedstawia się imieniem Kano. Ona też z nami pojedzie do Sewilli. W ten sposób w trzy osoby z trzech kontynentów wychodzimy przed terminal i kogo spotykamy? Johna, który jara papierosy jak lokomotywa. John odprowadza nas do dworca i życzy dobrej podróży. Sam zostaje w Algericas i czeka na lepszą pogodę żeby pójść w okoliczne góry.

Stojąc na dworcu modlę się żeby bilet na autobus nie był zbyt drogi. Nico też się o to martwi więc ustalamy, że wejdzie pierwszy jako, iż hiszpański to jego język ojczysty i spróbuję zagadać kierowcę o tańszy koszt przejazdu. Wsiada tylko nasza trójka więc szansa jest duża jednak kierowca pozostaje nieugięty i bierze od każdego z nas po 20 euro. Płaczę w głębi duszy i liczę na podstawie mapy ile to kilometrów. Wychodzi nie więcej niż 200km, 85zł za 200km starym, śmierdzącym autobusem. Jestem zły i stwierdzam, że trzeba było zostać w Algericas na noc i pójść do hotelu o którym mówił John, kosztował tylko 10 euro a do rana mógłbym spokojnie sprawdzić jak najtaniej kontynuować wycieczkę. Autobus ma tylko jeden przystanek w Jerez De La Frontera. Tam też wsiada chłopak w loczkach z którym Nico zaraz zaczyna rozmowę. Okazuje się, że nowy towarzysz podróży przyjechał z Boliwii i jest tutaj na jakiejś wymianie. Ja odpadam z rozmowy i korzystam z pozostałej godziny snu. Nico dowiaduje się, że na drugim dworcu w Sewilli odjeżdżają autobusy do Faro w Portugalii dokąd docelowo jedzie. Zatem żegna się z nami już w Sewilli ale zaznacza, że jak dzisiaj nie pojedzie to na pewno się skontaktuje ze mną albo z Kano i jeszcze się spotkamy. Ja z Kano natomiast udajemy się do centrum Sewilli. Ona ma już zarezerwowany nocleg w hostelu więc liczę na to, że i dla mnie będzie jeszcze jakieś miejsce. Trochę błądzimy, trochę gadamy ale w końcu docieramy na miejsce. Hostel położy w samym centrum tego miasta więc wątpię, że będą jeszcze wolne miejsca noclegowe. Okazuje się, że jednak są więc płacę kolejne 20 euro i udaję się do pokoju. Jestem w Sewilli, czuje się bezpiecznie i komfortowo ale nie wiem co dalej. Zobaczę jutro.

Dodaj komentarz