WŁOCHY – Florencja – 2011

Ach, tej wycieczki nie zapomnę do końca życia… Pierwsza samotna wyprawa zagranicę, pierwsza do kraju moich marzeń, do kraju, który jest wyznacznikiem mojej duszy – do Włoch.  Wówczas odwiedziłem Florencję, stolicę Toskanii i od pierwszego dnia zakochałem się w tym wspaniałym mieście.  Ta miłość trwa do dzisiaj i wciąż uważam, że to jedne z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Pamiętam okres świąt Bożego Narodzenia 2010/2011 kiedy to pojawił się pomysł wyjazdu. Przeanalizowałem większość opcji począwszy od jakiejś zorganizowanej wycieczki na parę dni po wyjazd na stopa i mieszkanie gdzie popadnie. Moją wyobraźnię ograniczał tylko wiek. Mając 17 lat i to właściwie nawet niepełne, nie można czuć się dorosłym a co dopiero odpowiedzialnym za samego siebie. Jednak byłem zdeterminowany do tego stopnia, że było mi to bez różnicy. 

Nie wiedziałem gdzie dokładnie pojechać, miały być to przede wszystkim Włochy. W ogłoszeniach w Internecie znalazłem, krótkie ogłoszenie o możliwości wynajęcia pokoju we Florencji. Wysłałem e-maila. Na odpowiedź chyba czekałem około miesiąca. Po wymianie kilku wiadomości, zarezerwowałem sobie pokój. Wszystko było w ciemno załatwiane, więc wpłacając 200 euro zaliczki, bałem się, że po prostu zostanę oszukany. Następnym krokiem był zakup biletu na busa na trasie Olsztyn – Rzym, który jechał przez Szczecin a także Florencję. Potem było już tylko odliczanie 4 miesięcy… dzień po dniu, giorno dopo giorno. O Florencji nie wiedziałem nic. Pamiętałem tylko jakiś obrazek mostu ale to tylko to. Kupiłem dość drogi przewodnik , którego ani razu nie użyłem, kieszonkową mapę samego centrum i dwie czy trzy książki do języka włoskiego, których również nie otworzyłem. Nie wiedziałem kompletnie co mam ze sobą zapakować, tym bardziej, że miałem przebywać tam równy miesiąc, 31 dni. Najpierw kupiłem plecak, potem kilkanaście ciuchów, jakieś buty, kosmetyki i to wszystko upchnąłem w stosunkowo mały aczkolwiek ciężki plecak.

Wyjeżdżaliśmy 31 czerwca, a na miejscu miałem być 1 lipca w godzinach popołudniowych. Wsiadając do autobusu na Dworcu Głównym w Szczecinie, nie spodziewałem się, że będzie cały autobus załadowany ludźmi a mi zostanie jedno, jedyne miejsce obok dość tłustej ale początkowo miłej kobiety. Problemy z nią pojawiły się dopiero w nocy, kiedy to musiałem siłą ją odpychać bo upatrzyła sobie moje ramię jako poduszkę do spania. Był moment, że dość mocno ją odepchnąłem co poskutkowało tym, że już potem się do mnie nie odzywała a jak zrobiło się wolne miejsce to od razu się przesiadła a ja po wielu godzinach mogłem odetchnąć.     Wysiadając na Firenze Santa Maria Novella, czyli florenckim dworcu, nie wiedziałem gdzie mam iść, w którą stronę. Usiadłem na schodach przed główną fasadą budynku, zaczął padać deszcz a ja załapałem lekkie podłamanie. Udało mi się zapytać jakiegoś faceta z francuskim akcentem o drogę, naprowadził mnie tylko kierunkowo, ale to już było coś, wiedziałem w którą stronę się kierować.

Po około godzinie dotarłem do mojego docelowego miejsca zamieszkania. Wchodząc przywitałem się z Polką – właścicielką, a ta przedstawiła mnie pozostałym mieszkańcom: Bogdanowi, Rumunowi, który przyjechał do pracy w 5-gwiazdkowym hotelu Four Seasons i dwóm Rosjankom, które przyjechały z Moskwy na jakieś warsztaty dziennikarskie. Jako, że w pokoju byłem razem z Bogdanem, porozumiewaliśmy się łamanym włoskim wplątując w to wszystko angielski i całkiem nieźle nam wychodziło. On oczywiście mówił sto razy lepiej po angielsku, ale ja też nie wypadłem najgorzej. To było pierwsze zmierzenie się z rzeczywistością nauki języków. Pierwszy dwa czy trzy dni spędziłem właściwie z Bogdanem na poznawaniu miasta. Pamiętam naszą wycieczkę na Plac Michała Anioła, z którego rozchodzi się przepiękna panorama Florencji. Któregoś dnia odwiedziliśmy jakiś koncert tenorów na Piazza della Signoria a jeszcze innym razem zapuściliśmy się w dzielnicę mieszkalną w poszukiwaniu sklepu. Potem Bogdan zaczął regularnie pracować a ja wyruszyłem w eksploracje sam. Najbardziej bolało mnie to, że nie miałem żadnego aparatu a przecież było tyle rzeczy, które chciałbym sfotografować a musiałem zaspokoić się tylko tym co miałem w budowane w telefonie.

Dni mijały na przeróżnych wycieczkach, bardzo miło wspominam obrzeża Florencji w kierunku północnym gdzie naprawdę było pięknie. Wysokie mury po których plątały się jakieś rośliny, kolorowe kwiaty i wąskie uliczki a na nich stare włoskie samochody i skutery typu Vespa albo jakieś odmiany tego. Najbardziej zachwyciłem się chyba wioską u podnóży Florencji o jakże słodkiej nazwie Fiesole. To praktycznie moje wymarzone miejsce do zamieszkania, florenckie wzgórze, dom z kamienia i widok na całą panoramę miasta oraz pobliskie pagórki. Nie wiem jak wysoko leży najwyżej położony punkt tej wioski, ale wchodząc dość wysoko zobaczyłem naprawdę coś czego się nie zapomina. Najwspanialsza z najwspanialszych panoram, widok zapierający dech w piersiach. Jednym słowem MASAKRA w pozytywnym znaczeniu. Ciężko to obrać w słowa, to trzeba po prostu samemu zobaczyć.

To był lipiec, najgorętszy miesiąc we Włoszech. W dzień było 40 stopni ciepła, w nocy około 25, tak, że nie szło zasnąć bo było dodatkowo jeszcze bardzo duszno. Kiedy ludzie szli na siestę około 14 kiedy słońce dawało najmocniej a ulice pustoszały ja wychodziłem i szedłem na spacer. Uwielbiam taką pogodę, kiedy żar się z nieba leje, a ja ledwo dycham. Może dlatego to marzenie o Australii… Wstawało się o 7 rano, szło spać około 24 i wystarczało mi to całkowicie do normalnego funkcjonowania i odpoczywania. Czasami się kimnęło gdzieś w parku albo na jakimś placyku oparty o murek ze słuchawkami w uszach.  Odnalazłem we Florencji kilka starych antykwariatów, w których kupiłem kilka singli Al Bano i płyty innych artystów. Właściwie muzyka towarzyszyła mi non-stop, a najlepszymi rytmami do tego miasta chyba był Mango i jego płyta Adesso z 1987 roku.

Florencja jako miasto zabytków, świetnych muzeów powinna mnie zachęcić do odwiedzin chociaż w jednym kulturalnym miejscu, jednak nie. Nie ciągnie mnie do oglądania jakiś obrazów, arcydzieł i rzeźb. Raczej nie po to jeżdżę, żeby marnować czas na zwiedzenia czegoś przy czym i tak mi się chce spać. Jedną z rzeczy, która mnie najbardziej odrzuca od większości europejskich miast a także Florencji jest to, że jest bardzo duża ilość czarnoskórych naciągaczy. Spotkałem się z tym tam po raz pierwszy, potem podczas pobytu w Bergamo i Mediolanie także. Murzyny, nieroby, menelstwo i miejscowy element. Tak w skrócie można określić 95% przybyszów z Afryki czy bliskiego wschodu.

Uwielbiałem chodzić wieczorami na miasto i słuchać ulicznych grajków. Chyba najbardziej pamiętam dwóch chłopaków grających na gitarach na Piazza della Republica, którzy podczas 2 godzinnego występu gromadzili publikę która zajmowała cały plac. Banknoty leciały z każdej strony do futerałów. Jedni kupowali płyty inni dawali kasę tylko dlatego, że serio grali świetną muzykę i co najważniejsze – swoją autorską a nie covery, tak jak to większość ludzi robi. Spotkać można też było wielu innych artystów – jedni malowali obrazy na chodnikach, inni przedstawiali całkiem dobrą pantomimę a jeszcze inni zabawiali widzów pod postacią klauna.

W kraju pizzy i dobrego wina nie zaznałem żadnego z nich. Problemem były pieniądze, może nie stanowiły one większego kłopotu ale każdą cenę przeliczałem na ilość płyt i ich tytuły. Będąc miesiąc w sercu Italii to aż grzech ale cóż… Zatem rodzi się pytanie, czym się żywiłem? Otóż dążę z odpowiedzią: codziennie przechodziłem przez całe centrum by znaleźć się tuż za Ponte Vecchio gdzie jest sprytnie ukryty w zabytkowym budynku sklep. Tam też kupowałem długą bagietkę i wodę. Skromnie? Bez przesady. Zaraz potem wędrowałem na drugi koniec miasta by w supermarkecie kupić soczyste i słodkie winogrona, które kosztowały grosze i oczywiście jak to ja – paczkę Haribo.

Nie powiem, żebym w czasie tego pobytu nauczył się świetnie włoskiego, poznałem go natomiast w takim stopniu, że bez problemu potrafię się teraz komunikować z innymi będąc w Polsce czy we Włoszech. Przełamałem tą barierę językową – włoską ale także i angielską co pozwoliło mi na swobodne rozmowy z przypadkowymi osobami napotkanymi tu w Polsce i zagranicą. Byłem w błędzie myśląc, że przyda mi się słownik, książki z gramatyką… tutaj języka uczy życie i obcowanie z miejscową społecznością co stanowi także element nie tylko naukowy ale także środowiskowy i integracyjny. Człowiek poznaje samego siebie, kiedy jest skazany tylko na własną osobę i musi sobie z  tym poradzić.

Ta wyprawa pozwoliła uwierzyć mi ale także i moim Rodzicom, że jestem w stanie przeżyć samemu gdzieś daleko, że sobie poradzę. Mimo wielu obaw jakie towarzyszyły temu wszystkiemu zaufali mi a ja tego zaufania nie zepsułem wracając cały i zdrowy do domu. Wtedy, po miesiącu obcowania z włoską kulturą zdałem egzamin i poczułem w sobie tą prawdziwą włoską duszę i już wtedy wiedziałem, że wrócę do tych miejsc i że to nie jest koniec mojej włoskiej przygody.

Teraz po dwóch latach ciężko przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. Zrobiłem wtedy błąd, że nie spisywałem dzień po dniu moich obserwacji. Tą samą gafę popełniłem w tym roku będąc w Bergamo i Mediolanie. Następna podróż do Włoch szykuje się na drugą połowę lutego i wtedy sprawozdanie na pewno będzie o wiele ciekawsze.

Dodaj komentarz