WŁOCHY – Włoski trip (Bergamo, Mediolan, Brescia, Garda, Padwa, Werona) – 2014

Kolejny rok, kolejna wyprawa do Włoch. Tym razem rzuciłem się na pomysł odwiedzenia kilku miejsc w czasie tygodnia.  Mój pierwszy Włoski trip ograniczył się tylko do północnej części kraju ale i to przysporzyło wielu ciekawych i mniej ciekawych problemów. W ostateczności wszystko, jak zawsze poszło świetnie a ja uświadomiłem sobie, że nawet idealny co do minuty plan można zrealizować ale po co wszędzie biec 😉 . 

Muszę szczerze przyznać, że czasami kombinowanie nie przynosi oczekiwanych skutków aczkolwiek jestem typem, który zawsze będzie to robił bez względu na konsekwencje. Wybór podróży najpierw do Poznania, potem spędzenie nocy w busie do Warszawy by po południu postawić nogę we Włoszech nie był dobrym rozwiązaniem. Główną przyczyną mego niezadowolenia było wszechobecne zmęczenie, które dało się odczuć już po wylądowaniu, ale o tym za chwilę.

Poznań, który odwiedziliśmy w pierwszej kolejności prezentuje się naprawdę okazale. Jak przystało na jedno z większych miast w Polsce wita każdego przyjezdnego świetnie przemyślaną i nowoczesną architekturą. City Center – bo to w pierwszej kolejności zobaczymy po wyjściu z pociągu, robi wrażenie sklepowego molocha, ale kiedy zapada zmierzch, cała konstrukcja wygląda doprawdy zjawiskowo dzięki kolorowym reflektorom skierowanym w stronę galerii.  W drodze na stare miasto mijamy kolejne miejsce do uprawiania shoppingu czyli Stary Browar, który zachwyca wykonaniem i pomysłem, zachowując praktycznie przy tym swój pierwotny styl.  Wchodząc na Stare Miasto wchodzimy umiarkowanie w architektoniczne średniowiecze, w którym punktem kulminacyjnym jest bez wątpienia Stary Rynek. Oglądając te stare kamieniczki można popaść w zadumę nad kunsztem autorów bowiem każda ma inną historię i z każdej biją inne uczucia.  My trafiliśmy na deszczową porę, tak więc całość nabrała tajemniczości kiedy kamienie wyostrzyły się w strugach popołudniowego deszczu, a plac natychmiast opustoszał z mieszkańców i turystów. W całej tej poezji boli fakt, że na busa do Warszawy trzeba było jechać na Górczyn, który jest totalnym przeciwieństwem wygody i komfortu dla podróżujących.

Warszawa powitała nas około godziny 5 zimnym powietrzem, które szybko zdusiliśmy wciskając się do smutnego do granic możliwości metra. Choć nie był to długi przejazd to jednak psychicznie męczące jest patrzenie na ludzi, którzy zdają się zaraz rozpłakać, schować pod kapturem i cofnąć się do domu.  Jestem totalnie zawiedziony, że Pałac Kultury i Nauki jest oświetlony tylko na wieży. Tak reprezentacyjne miejsce powinno się znacznie wyróżniać na tle całego miasta, a nie świecić paroma światełkami.  Z drugiej strony, ten budynek nie zachwyca, wielkie to i brzydkie a dodatkowo mające paskudną historię.  Przejazd do Modlina okazał się łatwiejszy niż przypuszczałem. Warto skorzystać z ofert Transludu, bo mają na prawdę tanie bilety w porównaniu do innych przewoźników a zwłaszcza do ModlinBusa.

Lotnisko w Modlinie wydaje się dość skromne w porównaniu do tego, co widziałem i pamiętam z Wrocławia z tamtego roku a i przejście przez odprawę okazało się bardziej kłopotliwe bo trzepali praktycznie każdego i wszystko. Lot jak lot. Niebo było cały czas czyste, bez żadnej chmurki także wszystko było pięknie widać, zwłaszcza widok na wschodnie Alpy.

Lotnisko w Bergamo jak zawsze już przyjęło chmarą namolnych, zachęcających do skorzystania z ich oferty kierowców busów do Mediolanu i Brescii. Nie skorzystaliśmy i do miasta dotarliśmy komunikacją miejską. Pogoda typowo wiosenna, lekka mgiełka nad Città Alta i wszechobecny, unoszący się w powietrzu zapach porannego deszczu. Planowo mieliśmy wjechać na górę kolejką Funiculare ale wszystko się trochę pokrzyżowało i szczyt podbiliśmy wchodząc nieznaną mi wcześniej wąską i stromą uliczką. Wychodząc na pierwszy rzut wyłoniła się Brama Świętego Jakuba, która stanowi jedno z najważniejszych wejść do górnego miasta. Kierując się wgłąb tej dzielnicy przechodzimy wzdłuż ulicy Via Rosate, która promieniuje przeróżnością sklepików gdzie każdy próbuje stworzyć jak najbardziej widowiskową witrynę. Dochodzimy do Piazza Duomo, które jakimś cudem pominąłem rok temu. Plac wydaje się bez życia choć znajdują się tu najważniejsze zabytki tego miasta: Bazylika Santa Maria Maggiore w której spoczywa muzyczna legenda Włoch – kompozytor Gaetano Donizetti, Kaplica Colleoni, XIV wieczne Baptysterium oraz Duomo. Poza wspaniale zbudowaną kaplicą nic nie przyciąga mojej uwagi (być może jestem zbyt dużym ignorantem). Przechodzimy pod Palazzo della Ragione na Piazza Vecchia na której znajduje się Wieża Miejska. Stamtąd kierujemy się już tylko do Zamku San Vigilio skąd można zobaczyć zapierającą dech w piersiach panoramę całego Bergamo i początek Alp Bergamskich. Robiło się ciemno a my byliśmy już totalnie padnięci więc wycofaliśmy się do dolnego miasta gdzie zrobiliśmy szybkie zakupy (płytowe także) i na tym się skończyło zwiedzanie. Szczerze powiedziawszy Bergamo już tak bardzo nie robi na mnie wrażenia jak za pierwszym razem.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy do Mediolanu. Trochę się zgasiłem jak nas wysadzono na przystanku na przedmieściach metropolii bo poprzednio jadąc tym samym przewoźnikiem dotarliśmy przed Zamek Sforzów. Pokrzyżowało to trochę nasze plany i zwiedzanie musieliśmy zacząć od Dworca Głównego. Z zewnątrz nie widać ogromu tej budowli jednak wchodząc do środka, wielkość tego przytłacza do ziemi i depcze. W głównym holu przedstawione są świetne malowidła największych, włoskich miast z czego największą moją uwagę przykuła oczywiście Florencja. Niestety Włosi jako naród dość powolny, do tej pory remontują to miejsce i chyba jeszcze długo to będą robić patrząc na postęp prac przez ostatni rok. Idąc wzdłuż ulicy Vittorio Pisani doszliśmy do zabytkowej części miasta gdzie zobaczyliśmy XVIII-wieczny Teatr La Scala, który jest kulturalnym sercem nie tylko Mediolanu czy Włoch ale także całego Świata. To w tym miejscu odbywają się największe, operowe i teatralne wydarzenia a sam zaszczyt wystąpienia na deskach tego teatru jest jednym z największych wyróżnień jakie artysta może zyskać. Tuż obok wchodzimy do Galerii Viktora Emanuela II w którym znajdują się luksusowe sklepy. Całość jest przykryta szklanym dachem a na samym środku znajduje się kopuła, z której spadł na kilka dni przed inauguracją architekt tego budynku – Giuseppe Mengoni. Wychodząc pod drugiej stronie docieramy do głównego punktu wszystkich wycieczek do Mediolanu – Duomo. Katedra ta należy do największych kościołów na całym świecie a swoją okazałością można śmiało wydać werdykt najlepszej. Fasada budynku jest zdumiewająca – duże, pięknie zdobione drzwi, kolumny i mnóstwo figurek, stwarzają niesamowite wrażenie czegoś ponadczasowego. Cała katedra ma ponad 3500 posągów i co najważniejsze, każdy z nich wykonany z największą precyzją. Tak jak rok temu tak i teraz część budynku była remontowana. Domyślam się, że samo postawienie rusztowań musi kosztować dużo siły tych, którzy to robią. W końcu ktoś kto by zniszczył nawet kawałeczek tego arcydzieła, zostałby skazany przez społeczeństwo na karę śmierci. Sam Piazza del Duomo jest zbyt oblegany przez ludzi co zdecydowanie psuje efekt całości. Chwila popołudniowego relaksu w ogrodach Indro Montanelli i wyruszyliśmy na podbój Brescii.

Odnośnie jeszcze Mediolanu i kupowania biletów na dworcu. Jest to strasznie uciążliwa czynność bo ze wszystkich stron przylegają do Ciebie różni ludzie oferując Ci swoją pomoc. Czasem są tak nachalni, że pomagają bez pytania i wyciągają ręce po pieniądze. Doprowadza to w którymś momencie do szału, dlatego my postanowiliśmy kupić bilety w kasach. Warto pamiętać, że bilet trzeba skasować przed wejściem do pociągu. Kasowniki znajdują się i na dworcu i przy każdym peronie więc raczej tylko głupi się nie domyśli co należy zrobić.

Brescia przywitała nas zbliżającym się wieczorem. Nie przeznaczyliśmy na to miasto zbyt wiele czasu bo nawet przewodniki prawiły, iż to miejsce nie jest warte zwiedzania dłużej niż jeden dzień. My mieliśmy 5 godzin, więc nie tracąc czasu udaliśmy się w kierunku ścisłego centrum miasta. Brescia ukazała nam miasteczko, które stanowi w pewnym sensie odetchnienie od wielkiej, mediolańskiej metropolii. Można tu poczuć prawdziwy klimat Włoch – mnóstwo ciasnych uliczek, które otoczone są wspaniałymi i zabytkowymi kamieniczkami. Wchodząc na główny plac Piazza della Loggia ukazuje nam się fantazyjnie ozdobiona Loggia. Po drugiej stronie widać Torre dell’Orologio czyli wspaniały zegar zbudowany na wzór Piazza San Marco w Wenecji. Dalej przechodząc na Piazza Paolo VI, możemy ujrzeć dwie katedry na jednym placu co czyni to miejsce wyjątkowym. Wyjątkowe nawet pomimo brzydoty starszej katedry. Brescia jest także miastem kulturowym. Znajdziemy tu mnóstwo przeróżnych muzeów w których największym uznaniem cieszy się Muzeum Santa Giulia, która jest istną perełką historyczną na mapie Włoch. Nas takie atrakcje nie interesują, dlatego wybór padł na wspinaczkę do zamku. Z każdym schodkiem wyżej, rozciągała nam się niesamowita panorama skąpana już w zachodzącym słońcu. Sam zamek nie jest jakoś specjalnie ciekawy, jednak widoki jakie można dookoła niego zobaczyć, zapierają dech w piersi i zostają w pamięci. Z pewnością w okresach kiedy jest tam zielono, wszystko to wygląda jeszcze bardziej fascynująco. Błędem tego dnia był hotel, który jak się okazało jest bardzo, bardzo daleko od miasta i dojechanie tam zajęło nam prawie 2 godziny. Podwożący nas kierowca opowiadał, iż Brescia jest miastem w którym nie uświadczy się śniegu za to deszcz pada codziennie i my odczuliśmy to na własnej skórze.

Kolejny dzień zaczął się od wpadki. Planując podróż, zakładaliśmy tego dnia odwiedzenie Jeziora Garda. Nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że jest to sobota i pociąg, którym mieliśmy planowo jechać, nie kursuje w te dni. Opóźnienie kosztowało nas 4 godziny w plecy ale za to zjedliśmy wspaniałą pizzę na Piazza Paolo VI.

Dojeżdżając do Desenzano del Garda można się trochę poczuć tak jakbyśmy dojeżdżali do Międzyzdrojów.  Tak samo kameralny dworzec i wszechobecny zapach wody. Luty nad Gardą jest miesiącem w którym robi się zielono i widać to na każdym kroku. Miasteczko jest bardzo spokojnym miejscem, bardzo dalekim od zgiełku wielkich miast i nawet potulna Brescia zdaje się przy nim być upiornym miejscem. Pogoda była idealna, około 14 stopni co pozwalało na swobodne bieganie w krótkim rękawku. Ten fakt niby mało ważny, ale pozwolił nam się poczuć prawie jak w lato. Schodząc już nad samo jezioro natknęliśmy się na małą, malowniczą zatoczkę Porto Vecchio. Pierwszy raz ujrzałem coś o czym marzyłem oglądając podobne obrazki w książkach i internecie. Swobodnie kołyszące się łódki, dookoła kawiarenki oblegane przez ludzi. Taki mały raj. Tuż za tym małym, cudownym miejscem, ukazało nam się jeszcze piękniejsze tzw crème de la crème czyli Garda. Wspaniały widok turkusowego jeziora na tle Alp Adamello i Trydenckich. W oddali widać tylko małe osady i dookoła tylko woda i woda. Wał zbudowany z ogromnych kamieni robi bardzo pozytywne wrażenie, zwłaszcza, że można po nich bardzo fajnie skakać. Tuż obok znajduje się Porto Maratona czyli druga, większa zatoczka dla łódek uwieńczona na samym skraju latarnią morską. Tutaj podjęliśmy decyzję o przejściu „z kapcia” do Półwyspu Sirmione. Z perspektywy miejsca, w którym podjęliśmy tą decyzję, nie było to tak daleko… a jednak. Dojście zajęło nam lekko ponad 3 godziny, zatem znajdujący się tu zjawiskowy zamek przywitaliśmy o zachodzie słońca. Całe miasteczko jest oddzielone fosą, co sprawia, że zamek jest z każdej strony otoczony wodą. Całość przypomina bardzo mocno Wenecję, z pewnością dlatego, że cała Lombardia ma mocno weneckie korzenie. Przytulne to zbyt słabe słowo, żeby opisać wrażenia z malutkiego centrum tego miejsca. Multum kolorów, bardzo ciasnych uliczek i oczywiście kawiarni, które wypełnione były po brzegi. Półwysep można obejść dookoła dzięki czemu można bardzo dokładnie przyjrzeć się pobliskim wzgórzom i miasteczkom u ich podnóży. Z Sirmione jedzie autobus prosto do Werony. Zanim do niego wsiedliśmy, ściemniło się całkowicie a całe jezioro pokryło się oddalonymi światełkami. Tego widoku z pewnością nie zapomnę do końca życia, to było coś wspaniałego. Żadne inne miejsce chyba nie potrafiłoby oddać tego samego co Garda po zachodzie włoskiego słońca.

Aby dojść do hotelu w Weronie, musieliśmy przewędrować dość spory kawałek – na szczęście tylko dwoma ulicami także nie dało się zgubić. Hotel a właściwie Bed&Breakfast okazał się najwspanialszym miejscem w jakim mogliśmy przenocować. Bardzo miła właścicielka, która pokazała co i jak, przedstawiła dokładnie plan miasta i pozwoliła nam się poczuć jak w domu.

Wyprawę na miasto rozpoczęliśmy od porządnego śniadania, bardzo włoskiego i nieziemsko dobrego. Trafiliśmy na wiosenne słońce, które miło paliło nasze plecy i bardzo umilało marsz w kierunku Zamku San Pietro, który góruje nad całą Weroną i skąd rozpościerają się wspaniałe widoki. Początkowo w planach było odwiedzenie samego budynku ale niestety jest w remoncie do czego się już przyzwyczailiśmy. Zrezygnowani chcieliśmy obejść zamek dookoła i wtedy właśnie ujrzeliśmy chyba jeden z najbardziej rozpoznawanych miejsc w tym mieście. Panorama z tego miejsca jest przecudowna zwłaszcza w blasku promieni słońca. Miasto z tego miejsca jest prawie identyczne jak Florencja czyli jakby stanąć na Placu Michała Anioła we Florencji to zobaczylibyśmy prawie to samo co stojąc przy Murach San Pietro w Weronie. Warto było się wspinać dla takich widoków i niezapomnianych chwil, których kilka uwieczniliśmy na zdjęciach. Ścisłe centrum miasta bardzo kusiło z góry, więc raczej się nie opieraliśmy, żeby zejść z zamku. Wchodząc na most Ponte Pietra zauważyłem, że woda ma bardzo szybki nurt i tak samo jak we Florencji zastosowano tu zmianę poziomu wody, która chroni przed powodziami. Pierwszym punktem było Duomo, które niestety zrobiło najmniejsze wrażenie, ze wszystkich wcześniej widzianych Ot zwyczajny, zabytkowy budynek pochodzący ze średniowiecza z dość bujną historią. Szukaliśmy mało popularnego Domu Romea ale niestety znalezienie go okazało się trudniejsze a poszukiwań zaprzestaliśmy kiedy napatoczyliśmy się na oblegany dom Julii, która tak naprawdę nigdy tam nie mieszkała. Cały placyk przed balkonem ma z 15 na 5 metrów a ludzi tyle jak na jakimś koncercie. Przecisnąć się gdziekolwiek lub znaleźć sobie miejsce to nie lada wyczyn. Ciężko też uchwycić dobre zdjęcie balkonu, bo co chwilę wychodzą „królewny”, które pozują do zdjęć. Pod balkonem stoi figurka Julii, której piersi są niemal co sekundę macane przez prawie każdego odwiedzającego. Dlaczego? A bo dotknięcie prawej piersi podobno przynosi szczęście w miłości. Ja nie dotykałem, bo już takowe szczęście posiadam. Z Domu Julki łatwo dochodzimy do największego placu w Weronie – Piazza Bra na której znajduje się pięciokątna wieża Torre Pentagone. Tuż obok jest kolejny duży plac Piazza dei Signori, gdzie na frontalnej stronie stoi dość ładny Palazzo Comunale. Z tego miejsca już bez oglądania się na mapę, zagłębiliśmy się w ciasne i zatłoczone uliczki czego uwieńczeniem był bardzo dobry obiad w postaci oczywiście pizzy i dobrego wina po którym zrobiło nam się mega wesoło. Dobre wino. Kilka minut później staliśmy już przy Arenie. Cudowny wytwór rzymian powstały w I wieku p.n.e. Dla laika (my również) nie różni się niczym od Koloseum w Rzymie, ale robi piorunujące wrażenie. Można tu poczuć ducha historii, starożytności. Oglądając stare mury, ogromne wejścia na stadion z każdej strony, nie można oprzeć się wyobrażeniom o dawnych walkach gladiatorów. Miejsce to może pomieścić 22 tysiące ludzi co aż zadziwia gdyż ten budynek nie jest jakoś specjalnie duży. W czasach teraźniejszych odbywają się tam koncerty największych włoskich i światowych gwiazd muzyki rozrywkowej jak i opery.

Przed wyjazdem do Padwy chcieliśmy zobaczyć świetnie zaprojektowany most Ponte Scagliero oraz zamek Castelvecchio, który stoi tuż przed nim lecz dziwnym trafem tak pobłądziliśmy, że wychodząc z ciasnych uliczek wyszliśmy na dworzec. Na logikę można było jeszcze tam wrócić, ale przysięgliśmy sobie, że do Werony wrócimy i chyba część naszych sercu tu zostawiliśmy. W perspektywie całej wyprawy, Werona zrobiła na nas największe wrażenie.

Do hotelu w Padwie dotarliśmy bez większych problemów ku zdziwieniu właściciela. Małe zamieszane z numerami autobusów w weekendy sprawia, że wiele turystów się myli i ma problem z dojazdem. Na drugi dzień cofnęliśmy się do centrum i zwiedzanie rozpoczęliśmy od podobno największego placu we Włoszech i na świecie – Prato delle Valle. Krótko tłumacząc Il Prato jak mawiają Padanie, to jedna wielka elipsa przedzielona kanałem z czterema mostami, który każdy skierowany jest w inną stronę świata. Na środku znajduje się wspaniała fontanna. Dla ukazania ogromu tego miejsca można dodać, iż dookoła Prato znajdują się 88 posągów, ludzi zasłużonych dla miasta. Znajdziemy tu także dwóch Polaków, absolwentów Uniwersytetu w Padwie: Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego. Z placu łatwo dostaliśmy się do Bazyliki Świętego Antoniego – oczywiście w remoncie. Cała fasada i bok od strony głównej ulicy był zasłonięty wielką płachtą, także kolejny zabytek, którego nie udało nam się zobaczyć. Poszliśmy na północ w kierunku starego miasta i nie wiem jakim cudem ale nasza wycieczka pominęła takie atrakcje jak Duomo czy Piazza delle Erbe. Ogólnie pokręciliśmy się po tych wszystkich uliczkach ale jakoś bez większego zastanowienia się nad tym koło czego się przechodzi. Padwa okazała się dość nużącym miastem i tak naprawdę nie ma zbytnio wiele do zaoferowania tak wymagającym turystom jak my.

Do Bolonii udaliśmy się stosunkowo szybko zatem to miasto okazało się miejscem w którym spędziliśmy najwięcej czasu. Wysiadając na stacji, od razu udaliśmy się do naszego Bed&Breakfast, który okazał się ogromnym mieszkaniem, podzielonym na kilka pokoi z pięknymi widokami na bolońskie wzgórza. Sam pobyt w tym hostelu oceniamy na dość słaby żeby nie powiedzieć beznadziejny, ale przecież to nie jest najważniejsze. Wychodząc na miasto zauważyliśmy, że jest tutaj o wiele więcej ludzi niż w poprzednich miastach. Bolonia to miasto uniwersyteckie co doskonale widać po ilości młodzieży, która wypływa wieczorami na wszystkie ulice i place. Tego dnia zrobiliśmy sobie tylko krótki zarys tego co chcemy zobaczyć nazajutrz. Miłe wrażenie zrobił główny plac miasta Piazza Maggiore z sąsiadującym obok Piazza del Nettuno.

Ostatni dzień pobytu okazał się bardzo ciepły, słońce prażyło niczym w lato. Zwiedzanie zaczęliśmy właśnie od serca miasta czyli jak wyżej wspomniałem Piazza Maggiore, który jest otoczony wspaniałymi budynkami z czego największe wrażenie robi Palazzo re Enzo. Miejsce to jest typowym punktem spotkań, ludzie siadają na rozgrzanych kamieniach, rozmawiają, niektórzy nawet się opalają a wszystko to przy akompaniamencie grajków z których każdy chce zyskać sobie więcej uwagi. Tuż obok znajduje się Plac Neptuna oczywiście z fontanną tego osobnika – Boga wody, morza, deszczu. Skręcamy w ciasną uliczkę, która jest jak z obrazka. Typowe Włochy, po lewej kawiarenka oblegana przez chętnych wypicia kawy, po prawej sklepik z owocami i warzywami, które są poukładane w tak finezyjne figury, że nasze stragany mają się nijak do tego. Kręciliśmy się dość długo po południowej części miasta po czym zmieniliśmy kierunek wchodząc na Piazza Santo Stefano z wspaniałym Sanktuarium Świętego Stefana. Cały plac jest cudownym, kameralnym placem, który promieniuje zielenią i pustymi arkadami. Stamtąd już tylko kilkaset metrów do znaku rozpoznawalnego Bolonii – dwóch wież. Istny Nowy Jork, tylko we Włoskim wydaniu. Dwie wieże, które nazywają się odpowiednio Asinelli i Garisenda. Jedna ma wadę konstrukcyjną przez co jest pochylona a druga ma 100 metrów wysokości i można z niej ujrzeć cudowną panoramę Bolonii, której my nie uświadczyliśmy z… powodu remontu. Długo rozmyślaliśmy co w tych wieżach nam nie pasuje i okazało się, że powodem naszego niezadowolenia jest jej położenie. Wygląda to tak jakby nagle w środku miasta zrzucili dwie wieże bez żadnego ładu z otaczającą architekturą. Podobno w Bolonii było dużo więcej wież, co można zobaczyć na wielu rycinach z okresów świetności tego miasta. Postanowiliśmy się udać do okręgu uniwersyteckiego, po drodze napotykając się na kościół San Giacomo Maggiore, który w arkadach ma wspaniałe malowidła choć mocno zaniedbane. Arkady ciągną się przez całe miasto, jest ich tu ponad 53 kilometry co sprawia, że podobno nie da się tu zmoknąć. Skręcając z głównej drogi w małą uliczkę dochodzimy do mini Wenecji. Z jednej strony jest mały most a z drugiej okienko przez które można ujrzeć to samo na co napatoczymy się będąc w mieście na wodzie. Kolorowe kamienice pokryte zielenią, ah cudowny widok. Zmęczeni wielogodzinnym spacerem udaliśmy się na małą sjestę po czym na wieczór postawiliśmy na zakupy. W Bolonii handlową ulicą jest Via Indipendenza gdzie znajdziemy sklepy każdego rodzaju, ku mojej uciesze także płytowe.

W dniu wylotu nie spieszyliśmy się z opuszczeniem hostelu. Początkowo nie wiedzieliśmy czy dojedziemy miejskim autobusem na lotnisko ale ostatecznie wysiedliśmy blisko przed nim. Pierwszy raz widziałem by lotnisko było tak strasznie dostosowane do obsługi turystów. Można śmiało stwierdzić, że to bardziej samochodowe lotnisko, bo żadnych chodników, oznakowania dla pieszych. Lot równie spokojny jak do Włoch. Tym razem wylądowaliśmy we Wrocławiu ale zmęczeni odpuściliśmy zwiedzanie miasta i udaliśmy się na ogromną kolację do… KFC!

Udało mi się stworzyć krótki filmik z całej wycieczki:

Podsumowując całą wyprawę to jesteśmy szalenie zadowoleni z tego tygodnia. To nasze pierwsze wspólne wakacje i po tym wszystkim stwierdziliśmy, że nie ostatnie. Najlepsze wrażenie oczywiście zrobiła na nas Garda razem z Weroną a najmniejsze zdecydowanie Padwa i raczej Bolonia, bo nie jest to specjalnie ciekawe dla nas miejsce. Wydaliśmy dużo ponad zaplanowany budżet ale nie żałujemy żadnego euro. Udało się zjeść prawdziwą włoską pizzę, ciągnące się spaghetti i wspaniałe tortelloni. Poznaliśmy dużo wspaniałych ludzi, tutaj prawie każdy się uśmiecha i jest skory do pomocy i rozmów. Zwiedziliśmy, zobaczyliśmy, wyjechaliśmy z prawie 3 tysiącami zdjęć i mnóstwem filmików z których zrobimy jeden cały gdy tylko znajdziemy trochę wolnego czasu. Niekoniecznie wypoczęliśmy bo codziennie padaliśmy z nóg, ale każdy dzień wynagradzał cały trud i zmęczenie. Kiedy wrócimy do Włoch? nie wiadomo, ale na pewno to zrobimy.

Dodaj komentarz